Strona użytkownika czach
Strona użytkownika czach

maraton


Rower
2216 km
Dystans
21066 m
Pod górę
88:27:51
Czas
25.0 km/h
Prędkość średnia
134 (74%)
Średnie HR
15
Liczba aktywności
259 km
Najdłuższa aktywność
3674 m
Największa wspinaczka
9:55:46
Najdłuższa aktywność
34.1 km/h
Najszybsza aktywność
165 (91%)
Maksymalne średnie HR
148 km
Na aktywność
1404 m
Na aktywność
5:53:51
Na aktywność
70.6 km/h
Prędkość maksymalna
175 (97%)
Maksymalne HR
  • Aktywność Rower
  • Dystans 214.49km
  • Czas 07:05:08
  • Vavg 30.27km/h
  • Vmax 46.44km/h
  • Pod górę 699m
  • Kalorie 5416kcal
  • Mocavg 203W
  • Kadencjaavg 84
  • Temperaturamin 14.0C
  • Temperaturaavg 17.0C
  • Temperaturamax 23.0C
  • Sprzęt Road Owl 5665 (Szosowy)
  • Strava Link, Pokaż mapę

To już trzeci maraton w Nietążkowie. I pierwszy bez przeziębienia/gorączki i innych tego typu atrakcji. W grupie Artur, więc musi być dobrze. Pierwsze okrążenie głównie jazda po zmianach: 1km. Chęnych do pomocy wielu nie było, ale ponieważ jechało się wyśmienicie to jakoś to nie przeszkadzało. Trasa w okolicy miejscowości Dłużyna gorsza niż w ubiegłym roku, trochę dziur, trochę rozkopana.
Ponieważ jechało się wyśmienicie to minęliśmy pierwszy PŻ. Na ramie miałem torbę a w niej żele, galaretki, batoniki, więc nie było potrzeby się zatrzymywać. Zatrzymaliśmy się, a właściwie zawróciliśmy w miejscowości Wilkowo Polskie. Dziewczyna męczyła się z wymianą dętki, więc pomogliśmy. Trochę to opornie szło, ale po 10 minutach ruszyliśmy w dalszą drogę. Razem. Podjazd przed Nową Wsią był jakby łatwiejszy i bardziej przyjazny niż rok temu. Nawet za trzecim razem. :-) Szybki przejazd przez Śmigiel do Nietążkowa i znów odpuściliśmy PŻ. Na drugim okrążeniu jechaliśmy przez pewien czas z „megowcami” i było trochę więcej zmian i szybko skończyliśmy drugą pętlę. Zaliczyliśmy PŻ na starcie/mecie, uzupełniliśmy bidony, banan zjedzony i ostatnia pętla - „teraz jedziemy na przetrwanie”. ;-) I dojechaliśmy do PŹ w Morownicy. Znów uzupełnić bidony i wciągnąć banana. W trakcie krótkiego postoju zaczął padać deszcz. A później zaczęło lać. Świetny orzeźwiający deszczyk. Za Śmiglem się wypogodziło, wyszło Słońce i zrobiła się Jamajka. Parno i duszno. Później jeszcze tylko podjazd i szybko do mety. A tam uściski dłoni, wywiady, wizyty w…
Najważniejsze, to drugie miejsce w kategorii służb mundurowych na dystansie giga. :-)

image


Kategorie maraton

Morning Ride

Marcin Trzaska, sobota 08:33, 30 kwiecień 2016 | odsłony 32 | komentarze 0

  • Aktywność Rower
  • Dystans 151.65km
  • Czas 06:00:35
  • Vavg 25.23km/h
  • Vmax 63.36km/h
  • Pod górę 830m
  • Kalorie 5244kcal
  • KOW Trochę ciężko
  • Mocavg 233W
  • Mocmax 680W
  • Kadencjaavg 77
  • Kadencjamax 139
  • Temperaturamin 9.0C
  • Temperaturaavg 14.0C
  • Temperaturamax 18.0C
  • HRavg 131 (72%)
  • HRmax 165 (91%)
  • Sprzęt szosa Eberhart (Szosowy)
  • Strava Link, Pokaż mapę

Zaczynam kolejny sezon na szosie. :-)
Jeżeli chodzi o formę to jestem gdzieś na etapie stycznia. ;-) Praca i choroby trochę opóźniły przygotowania, więc wyścig potraktowałem jako dłuższy trening. Najważniejsza zmiana to pomiar mocy i jazda wg. jego wskazań (i Trenera Konrada ;-))
Ale od początku. Poranek przywitał piękną pogodą i tradycyjnymi problemami z końcowym odcinkiem przewodu pokarmowego. ;-)
A poza tym pyszne śniadanie: makaron z kurczakiem, serem żółtym i szpinakiem. Miodzio!
Podróż do Trzebnicy trwała z 30 minut. Tuż po wjeździe do miasta od razu widać kolarzy. Prawidłowo. Zalogować się na parkingu (done), zalogować się na starcie (done). Tuż przed startem zauważyłem, że mam przekrzywione siodełko. Multitool i po kłopocie. Tuż przed startem włączyłem kamerę i… Jedziemy. No i okazało się, że siodełko wyrównałem, ale przekrzywiłem w pionie i zjedżam. Przed startem ostrym poprawię - zawsze było trochę czasu. ;-)
Przejazd przez Trzebnicę - spokojnie i bez spiny (film). Nowy Dwór. Poprawiam siodełko i… zauważyłem, że moja grupa już pojechała. Ależ niefart. Nie gonię. Jadę swoje według mocy i przykazań Trenera Konrada. Do Prusic nie wydarzyło się nic godnego uwagi. Ot, kręcić równo i do przodu.
Prusice i bruk. Generalnie to trzeba to przeżyć - opis to za mało (film). Do Sułowa jechałem spokojnie wyprzedzany co jakiś czas przez MTB i pociągi z Mini. W Sułowie, w Rynku była dosyć niebezpieczna sytuacja (film - 11:34).
Prawdziwe schody zaczęły się po rozdzieleniu się tras Mini i Mega. Lekkie hopki, których zwieńczeniem była Prababka i późniejsze zmarszczki na horyzoncie. ;-)
Czas przejazdu: tragicznie długi. Gorzej niż rok temu o 24 minuty i ponad 40 minut gorzej niż w 2014 roku. Ale czy to ważne? To tylko liczby na osi czasu a doznania wzrokowe, atmosfera na mecie są przecież bezcenne.
Podziękowania dla Organizatorów i miłych pań na punkcie żywieniowym nr 2. :-)

Kategorie maraton

I Supermaraton „Szlakiem Don Kichota”, czyli...

Marcin Trzaska, sobota 00:00, 22 sierpień 2015 | odsłony 63 | komentarze 0

  • Aktywność Rower
  • Dystans 258.6km
  • Czas 09:55:46
  • Vavg 26.04km/h
  • Pod górę 860m
  • Kalorie 5379kcal
  • Mocavg 135W
  • Mocmax 999W
  • Kadencjaavg 79
  • Kadencjamax 123
  • Temperaturamin 10.0C
  • Temperaturaavg 20.0C
  • Temperaturamax 26.0C
  • HRavg 125 (69%)
  • HRmax 151 (83%)
  • Sprzęt Egberts Boreas

… jak napisała Renata: „ból mija, rezygnacja boli”.
Ale od początku.
Dziewczyny od końca lipca zmagają się z chorobą - grypa! (w trakcie najgorętszego lata w historii). Mnie dopadło na cztery dni przed maratonem. Katar, kaszel, ból gardła, ogólne osłabienie. Tragedia.
W piątek, po południu, ruszyliśmy do Nietążkowa.
Podróż z „przygodami” - korki, szukanie noclegu, ale udało się.
Wieczorem lekki stres, kłopoty z zaśnięciem, „Harry Potter” w TV i… coraz gorzej się czuję. W nocy obudziłem się i zastanawiałem się, czy w ogóle wystartować - czułem się po prostu fatalnie. Na szczęście szybko zasnąłem i obudziłem się o 5:00. Śniadanie, herbata i… rozgrzewka. Gdy wychodziłem z domu akurat wschodziło Słońce a na liczniku… aż 9°C! :-) Rękawki i pelerynka obowiązkowe.
Rozgrzewka, czyli dojazd do Nietążkowa = 10 km. W sam raz. Ale cały czas zastanawiałem się: startować, czy nie? Ale jak mnie wyczytano to przecież nie odpuszczę. ;-) Ruszyliśmy grupą, ale ja od samego początku odstawałem od grupy i jechałem… nie, nie sam. Dołączył do mnie Irek. I tak sobie kręciliśmy. Ponieważ było bardzo miło to… nieco zwolniliśmy. Dlaczego? No przecież jak dwóch facetów się spotka to muszą być ploty! ;-) I tak przez kilka kilometrów sobie plotkowaliśmy wyprzedzani przez późniejsze grupy. A co? Kto zabroni? ;-)
Pierwsza pętla minęła bez… no właśnie! Bez wiatraków! Jeden na PŻ i to wszytko. Oj, chyba Don Kichot przed nami wszystkie anihilował. ;-)
Wjazd na pierwszy PŻ - zamówiłem 2x kurczak i raz frytki, ale niestety nie było. Na drugim miał być schabowy. ;-)
Co mi najbardziej utkwiło na pierwszej pętli? Irka Garmin i nawigowanie po trasie. Ja też wgrałem trasę, ale zapomniałem odpalić. ;-) Dwa razy źle pojechałem i Irek mi zwrócił uwagę. Generalnie trasa była bardzo dobrze oznakowana (jeżeli chodzi o ilość strzałek i miejsca), ale strzałki były trochę małe i można było je przegapić.
Tak czy inaczej, dojechaliśmy do Nietążkowa. Niestety, Irek odpuścił dalszą jazdę i następne kilometry kręciłem sam.
Pierwsze co rzuciło się w oczy i w ogóle w całe ciałko to… wiatr! Oj, jechało się naprawdę ciężko. 40 km pod wiatr porządnie mnie zmęczyło. Trasę zapamiętałem, więc nie miałem problemów - jechałem na pamięć.
Na tym okrążeniu było mi naprawdę ciężko. Bardzo mocny ból gardła przeszkadzał w uzupełnianiu płynów i innych takich ;-) a kaszel powodował, że oglądałem się za siebie, czy aby płuc nie wyplułem. ;-)
Tuż przed Śmiglem, jakiś matoł w białym samochodzie dostawczym chyba chciał mnie zabić, bo jak inaczej określić wyprzedzanie na czołówkę? Szkoda, że nie zapamiętałem numeru rej.



Po PŻ zdecydowałem: jeżeli zostanę zdublowany - rezygnuję z trzeciej pętli. Jeżeli na mecie będą dziewczyny po rodzinnym - rezygnuję. Dojechalem do Nietążkowa i ani mnie nie zdublowano, ani dziewczyn nie było. Chwilę na nie czekałem i stwierdziłem to co napisała Renata i co jest mottem maratonu Liczyrzepa w Karpaczu - Ból mija, rezygnacja boli. Ruszyłem na trasę. Jeżeli mam być szczery to z tego okrążenia pamiętam tylko liczby na Garminie. Czas i dystans. Dystans i czas. Czasami coraz niższe tętno, kadencja i prędkość. Aby dojechać. Jeszcze tylko 80… 60… Hopki, PŻ i do mety. Kręcić, kręcić. Nie zastanawiać się. Do przodu i do mety.



A na mecie - ojadłem się drożdżówek - PRZEPYSZNE! Majka, oczywiście, zjadła mój obiad - aby nabrać sił na losowanie. ;-)
A losowanie? Kurczę, organizatorzy obdarowali chyba wszystkich, którzy zostali. Każdy dostał jakiś upominek.
Majka dwa razy - wylosowała siebie i dostała podarunek za losowanie. Ale hitem było pierwsze losowanie Majki. Wylosowała… kuchenkę mikrofalową do Izy. Oj, tego to jeszcze nie grali. :-) Oczywiście musiałem ją później nosić. Teraz myślę, jak ją zainstalować w samochodzie aby była kuchenką na maratony. ;-)



Na koniec podziękowania:
- dla Organizatorów - zrobiliście świetny maraton. Szacun.
- dla sponsorów - wiecie dlaczego. ;-)
- dla motocyklistów
- dla osób, które obstawiały skrzyżowania.



A na koniec mały niedosyt. Była szansa na pudło. ;-) Gdyby była klasyfikacja mundurowych na dystansie GIGA. ;-)


Foto. © by Piotr Ciesielski
image

Kategorie maraton

XII Klasyk Kłodzki

Marcin Trzaska, sobota 00:00, 25 lipiec 2015 | odsłony 91 | komentarze 0

  • Aktywność Rower
  • Dystans 160km
  • Czas 08:11:28
  • Vavg 19.53km/h
  • Vmax 64.09km/h
  • Pod górę 2789m
  • Kalorie 3982kcal
  • Temperaturaavg 18.0C
  • HRavg 126 (69%)
  • HRmax 160 (88%)
  • Sprzęt Egberts Boreas

W tym roku na wyścigi jeździmy wycieczkowo więc na KK wyjechaliśmy już w poniedziałek aby mieć czas na aklimatyzację. ;-)
Ja - treningi w górach, dziewczyny na basenie w Nachodzie. ;-)

Dla mnie wyścig zaczął się 16h przed startem. W czasie pokazu fontanny w Dusznikach użądliła mnie osa w nogę. Noga spuchła i bolała. Nadal boli.
W sobotę wstałem ok. 5:30 i… miałem wątpliwości, czy wystartować. Noga cholernie bolała i ciężko było chodzić. Pomyślałem, że raz się żyje - najwyżej zrezygnuję po przejechaniu mini (67 km)
Pogoda… to temat na osoby artykuł. Zieleniec przywitał nas bardzo silnym wiatrem. Nic to. Ogarnąć się, spakować i w drogę. 
Wystartowałem o 8:14 i wiedziałem, że będę jechać sam. 
Zjazd z Zieleńca - jechałem spokojnie, ostrożnie. Bez rozgrzewki nie chciałem przeginać. W okolicach 10-12 km dogoniłem Pana Janka. :-) Szacun. Byłem zaskoczony i zdziwiony, że pierwsza grupa mega (jechałem w ostatniej grupie giga) wyprzedziła mnie dopiero w Czechach na 16. kilometrze. Nawet miło mi się zrobiło, że tyle przejechałem. ;-) Pierwszy podjazd w Czechach - całkiem przyjemna jazda. Dziury trochę dawały mi w kość a raczej w nogę. ;-) Każda dziura to silny ból nogi (osa) - i tak przez całą trasę. W okolicy 30. kilometra zacząłem baczniej zwracać uwagę na asfalt. Rok temu na jeden z dziur przebiłem dwie dętki. ;-) Udało się. 
Następne czeskie podjazdy to sama przyjemność. :-) Przyjemny był punkt żywieniowy w Czechach na 37. kilometrze. Miło.
Na 43. kilometrze po raz pierwszy zagrzmiało. "Daleeeeeeko… będzie git" - pomyślałem. Zjazd z Šerlich do Mostowic znów ostrożnie, tym bardziej, że zaczęło padać. Tuż przed Mostowicami, i powrotem na stronę polską,… ściana wody. Burza, ulewa. Widać było koniec przedniego koła. ;-) W Mostowicach decyzja - jadę dalej. Na szczęście ulewa nie trwała długo. Temperatura także wzrosła. Ale ja już myślałem o najgorszym - odcinek między Niemojowem i Różanką. Tragedia, tragedia, tragedia. To trzy słowa, które świetnie opisują stan tej drogi. I jeszcze to powitanie "Różanka WITA". Tutaj nastąpiła wiązanka słupów telegraficznych - kto czytał Grzesiuka ten wie o co chodzi. ;-)
Za Różanką - podjazd Gniewoszów. Mój ulubiony. ;-) Nawet fajnie się jechało. Trochę przerażały liczby na Garminie (grade >10%), ale co nas nie zabije to nas wzmocni. :-) Punkt żywieniowy - napełnienie bidonów, krótka dyskusja i jedziemy. Decyzja zapadła. Jadę giga. Na drugiej pętli znów zaczęło padać i zaczęło robić się zimno. Bardzo zimno i mokro.
Znów Niemojów i dziury. Różanka - tradycyjna  wiązanka i… awaria. Coś zaczęło… trzaskać ;-) w rowerze. Musiałem się zatrzymać. Sprawdziłem wszystko i nie znalazłem przyczyny. Jadę dalej. No nie dało się jechać - te dźwięki nie wróżyły nic dobrego. Znów postój. Sprawdzam co się da. Może to wentyl obija się o obręcz? Nie wiem. Jadę. Chwila i znów postój. Sprawdziłem koła, hamulce, korbę. W końcu porozkręcałem koła i je założyłem dokręcając mocniej. Chyba pomogło. W czasie gdy ja walczyłem z TRZASKAmi ;-) wyprzedziło mnie sporo osób… które doganialem później na podjazdach. Chyba lubię podjazdy. ;-)
Na drugim Gniewoszowie, czyli punkcie kontrolnym i bufecie, nadal padało. Ale nie trzaskało w rowerze. ;-)

Czy wiecie jak smakuje arbuz po przejechaniu 110 km rowerem? Nie? To mało wiecie. ;-)
Ostatnia runda. Bez spiny. Byle do przodu. Zaczęło się robić cieplej, coraz cieplej i słonecznie. Niemojów, Różanka (znówwiązanka) a po chwili dziękowałem policjantom i strażakom za ich pracę. Krzyknąłem do policjanta na motorze najlepszego z okazji wczorajszego święta! I usłyszałem  nawzajem! Hihihi.
Trzeci podjazd na Gniewoszów był trudny. Jamajka. Gorąco, duszno, parno. Na punkcie żywieniowym zapytałem, czy mają jakiś przełącznik do zmiany pogody i poproszę o lekki deszczyk. ;-)
Ostatnie 20 km to rozmyślania o…  kuchni francuskiej. Na drodze spotkałem ;-) bardzo dużo ślimaków winniczków. Uwielbiam! :-)

Dojechałem… dałem radę. 
Po wjeździe na mecie otrzymałem medal za ukończenie i gratulacje od miłego pana, którego zapytałem: Przepraszam, czy wie Pan jak ja się nazywam? Popatrzył na mnie i zaczęliśmy się śmiać. A po chwili nie było mi do śmiechu bo noga odmówiła współpracy.
Czas gorszy niż rok temu, ale biorąc pod uwagę starość ;-), wzrost wagi ;-) i bolącą i spuchniętą nogę nie było źle.

Na koniec wyścigu było losowanie nagród.Sierotką znów była Majka, która losowała znajomych, później siebie a w ostatniej rundzie nas. I dostała karimatę za losowanie. :-)

Wielkie podziękowania za organizację, za obsługę punktów żywieniowych, za wóz techniczny, za miłe panie i panów na skrzyżowaniach w Czechach i Polsce, którzy dbali o nasze bezpieczeństwo. Robicie świetną robotę! Chapeau bas.




Kategorie maraton

IV Świdwiński Maraton Rowerowy

Marcin Trzaska, sobota 00:00, 04 lipiec 2015 | odsłony 29 | komentarze 0

  • Aktywność Rower
  • Dystans 222.3km
  • Czas 08:02:05
  • Vavg 27.66km/h
  • Vmax 60.5km/h
  • Pod górę 1172m
  • Kalorie 4706kcal
  • Temperaturaavg 30.0C
  • HRavg 138 (76%)
  • HRmax 160 (88%)
  • Sprzęt Egberts Boreas

Kolejny supermaraton za mną. Supermaraton a nawet SUPERMARATON. 
Trasa giga w Świdwinie to 222 km a temperatura dochodziła do 37°C w cieniu.
Ale od początku. Najpierw był maraton… kolejowy, ale to temat na osobną opowieść - 8h jazdy pociągami. ;-)

W sobotni poranek obudziłem się dość wcześnie - ok. 4:00, ale stwierdziłem, że jeszcze można trochę poleniuchować. Po właściwej pobudce: kawa, makaron jakiś, napełnienie bidonów izotonikiem (1.5l), 2x żel before, spakowałem dwie dętki, pompkę, multitoola, łyżkę i… ruszyłem na rozgrzewkę ok. 6:50. Dzień wcześniej okazało się, że start GIGA rozpoczyna się godzinę wcześniej ze względu na upał. Ja rozpoczynałem swą świdwińską przygodę o 7:36. Po rozgrzewce banan i… oczekiwanie. Gdy usłyszałem do startu dwie minuty okazało się, że jeden z zawodników z mojej grupy… zapomniał zmienić buty i stoi na starcie w chodakach. ;-) Zdążył zmienić i… okazało się, że później przejechaliśmy razem całą trasę. :-)
Gwizdek i do przodu. W prawo, w lewo, w prawo a po krótkiej prostej w lewo i… pierwszy podjazd. I od podjazdu zaczęła się wspólna z Jankiem przygoda. 
Na starcie temperatura była całkiem przyjemna: 20°C ale szybko rosła. Podobnie jak suma przewyższeń na moim Garminie. ;-)
W okolicy 9 kilometra czekała niespodzianka - odcinek bruku. Nie lubię, nie lubię. Następna niepodzianka to 18. kilometr i skrzyżowanie z napisem "GIGA do mety" - niektórych to zmyliło, ale my pojechaliśmy dobrze. 
Po 26 kilometrach wróciliśmy do Świdwina, aby zacząć pętlę Mega. Niedługo po tym dogoniła nas grupka, ale po chwili było nas już trzech.
Pierwszy punkt żywieniowy minęliśmy bez zatrzymywania się - jeszcze nie było upału. Wziąłem tylko butelkę (0.5l) wody i szybko ją wypiłem. Do Połczyna jazda przebiegała dosyć monotonnie: góra, dół, góra, dół. Nigdy bym nie przypuszczał, że te okolice to tak pagórkowaty teren. 
Zaraz za Połczynem zaczął się najgorszy podjazd, ale nie zrobił na mnie wrażenia. Treningi w górach dały radę i nawet się nie zmęczyłem. Bardzo mnie to ucieszyło, ale to był koniec uśmiechów. Chwilę później zaczęła mnie boleć stopa. Nie, nie kurcz. Po prostu źle ustawiony blok. To było w okolicy 100. kilometra. Na 105. był punkt żywieniowy i myślałem, że jeżeli na chwilę się zatrzymam, uzupełnię bidony to ból minie. Niestety, tak się nie stało. Drugi punkt żywieniowy: fachowa obsługa. Chłopaki dawały z siebie wszystko. Woda w butelkach do picia, bidony uzupełnione i wiadra z wodą i gąbkami aby schłodzić kark. Rewelacja. :-)
Schłodziłem się nieco i… schłodził się też pulsometr. ;-) Woda dostała się do środka i wskazanie pulsu to 235 uderzeń. Wytarłem, wysuszyłem i wszystko wróciło do normy. Od drugiego PŻ początkowo jechaliśmy we dwóch, później we trzech, ale ja nie dawałem rady już mocno kręcić. Stopa dawała się we znaki. Po drodze kusiły… jeziora. Oj! Niejedna osoba miała ochotę zeskoczyć z roweru i choć na chwilę zanurzyć się w wodzie. Ale trzeba było kręcić dalej. I jakoś kręciłem ze znaczną pomocą Janka. W końcu zakończenie trasy mega i trochę pobłądziliśmy. W końcu dojechaliśmy na PK i PŻ. Znów uzupełnienie bidonów, schłodzenie się i w drogę. Gdybym wówczas zakończył wyścig to nawet z karą czasową byłbym… trzeci w kategorii M3. ;-) 
Ostatnie 70 km dłużyło się. I jakby hopek więcej. ;-) 
Na 195 km zatrzymaliśmy się na chwilę w sklepie uzupełnić wodę. Kilka kilometrów dalej z samochodu dostaliśmy znów trochę wody. W końcu dojechaliśmy. Na mecie uzupełnienie płynów. Ściągnąłem buta i… stopa prawie odmówiła współpracy - koń kuleje. ;-)
Kiełbaska, zupa a później dekoracje i loteria. 
Janek stanął na pudle - 3 miejsce w kategorii a ja w swojej byłem piąty. ;-) 
W rolę sierotki w trakcie losowań nagród wcieliła się moja Majka, która… praktycznie obdarowała wszystkich znajomych. :-) Ja załapałem się na bidon. :-)

Gdy ja walczyłem na trasie Giga, dziewczyny walczyły na trasie rodzinnej. Dały radę! :-)
Łącznie na trasie wypiłem 1.5l izotoników i ok. 5.5l wody. Do tego megabaton energetyczny[1] i banan.

Aż szkoda było wracać do Wrocławia, ale za rok też tu przyjedziemy. :-)

Podziękowania dla Organizatorów i wszystkich, którzy pomagali na starcie, PŻ, na mecie. Daliście radę! :-)

[1] przed wyścigiem kupiłem na próbę ACTIVLAB HIGH WHEY PROTEIN BAR 80G i… był to strzał w dziesiątkę. Wziąłem ze sobą dwa (waniliowy i porzeczkowy). Waniliowy był przepyszny i dał niezłego kopa. :-) Polecam.


Kategorie maraton

V Srebrnogórski Maraton Szosowy

Marcin Trzaska, sobota 00:00, 20 czerwiec 2015 | odsłony 26 | komentarze 0

  • Aktywność Rower
  • Dystans 76.8km
  • Czas 03:24:01
  • Vavg 22.57km/h
  • Vmax 54.4km/h
  • Pod górę 1310m
  • Kalorie 1951kcal
  • Temperaturaavg 7.0C
  • HRavg 137 (75%)
  • HRmax 159 (87%)
  • Sprzęt Egberts Boreas

Do Srebrnej Góry na wyścig przyjechałem po raz drugi. Wyścig w sobotę a przyjechaliśmy już w środę, bo znalazła się okazja - moje 40. urodziny. ;-)
Pogoda w sobotę nie zachęcała do jazdy. Od rana padało i było dosyć chłodno. Ubrałem się na krótko, ale założyłem rękawki. Przed samym wyjściem wrzuciłem jednak do kieszeni nogawki - tak w razie czegoś. W trakcie rozgrzewki zrobiło się zimno. ;-) 11°C to jednak lekki chłodek biorąc pod uwagę, że pada a w górach pewnie będzie jeszcze zimniej. Założyłem nogawki i wystartowałem na długo. ;-) W momencie startu było 8°C.
Spokojny podjazd pod fort - prawie 2km ze średnim nachyleniem 10%. Część po kostce brukowej. Potem zjazd (ostrożnie, bo ślizgo!). Znów podjazd, zjazd i… zonk! Tuż za zakrętem wiadukt z zablokowanym przejazdem. Autobus utknął/nie mógł przejechać. Prawie jak w dowcipie co? utknął Pan? Nie! Wiozłem most i mi się paliwo skończyło! ;-) Po chwilowym przystanku ruszyłem dalej. Do skrzyżowania na przełęcz Woliborską nie było nic godnego uwagi. ;-)
Atrakcje zaczęły się na podjeździe. Temperatura zaczęła spadać, padało coraz mocniej, wilgotność osiągała maksimum (jazda w chmurze). Wszystko było OK dopóki podjeżdżałem (przy okazji pobiłem swój rekord na tym odcinku ;-)). Gorzej było na zjeździe. Łapki na hamulcach i w dół. Zaczęło być zimno. Bardzo zimno. Bez kręcenia tętno spadło do ok. 102 bpm. Po wjeździe do Bielawy lekkie zdziwienie - sucho. Nie padało? No nic. Trzeba kręcić. Pierwsze okrążenie kończyłem myśląc o podjeździe pod fort. W sumie niepotrzebnie bo jechało się jakoś normalnie. To znaczy wolniej. ;-) Na przełęczy powtórka z rozrywki (5°C, ulewa i chmury) a na zjeździe zmarzłem tak, że aż zębami dzwoniłem. ;-) Zjazd się skończył i szybko się ogrzałem. Później już spokojnie do mety. Na mecie byłem przekonany, że dojechałem ostatni i wielkie zdziwienie bo okazało się, że jeszcze jest ktoś na trasie. Szkoda - upominek dla ostatniego uczestnika uciekł mi sprzed nosa. ;-)




Kategorie maraton

V Supermaraton Jastrzębi Łaskich

Marcin Trzaska, niedziela 00:00, 07 czerwiec 2015 | odsłony 39 | komentarze 0

  • Aktywność Rower
  • Dystans 213km
  • Czas 07:25:15
  • Vavg 28.7km/h
  • Vmax 45.7km/h
  • Pod górę 599m
  • Kalorie 4554kcal
  • Temperaturaavg 23.0C
  • HRavg 136 (75%)
  • HRmax 156 (86%)
  • Sprzęt Egberts Boreas

Kolejny supermaraton.
Tym razem Łask i 3 pętle po 71 km. Prawie płasko (lekkie hopki na koniec rundy). Przez pierwsze 4h utrzymywałem średnią 30 km/h, później zaczęła spadać aby „osiągnąć” ;-) 28.7 km/h - też nieźle.

Plan był prosty: jadę sam bez grupy. No i udało się. ;-) Na pierwszej rundzie jechałem przez jakiś czas w grupie, ale jakoś nie spodobało mi się. ;-)

Początek rundy to naprawdę szybka jazda. W miejscowości Buczek zobaczyłem strzałkę wskazującą kierunek "prawo" i… prawie dałem się nabrać! ;-) W ostatniej chwili doczytałem "rodzinny". Jakiś czas później zobaczyłem COŚ. To Bełchatów z oddali. Bardzo mi się podobało "liczenie" dziur albo uzupełnianie ubytków. Fajny pomysł w razie problemów: gdzie to się stało? na 47. dziurze. ;-)
Bardzo miło jechało się przez odcinek pośród lasów. Czasami miałem wrażenie jakbym był nad morzem. Przeprzyjemnie. 
W okolicy 21. kilometra zobaczyłem drogowskaz "Zbyszek 1.5" - uśmiałem się serdecznie bo Zbyszek to szef mojej drużyny. Jak widać - dobry szef zawsze jest w pobliżu. ;-) Pierwszą wizytę na punkcie żywieniowym chyba odpuściłem - nie pamiętam (Trainingpeaks twierdzi, że odpuściłem). 
Po wjeździe na drogę nr 480 zaczęły się schody. A konkretnie to w_mordę_wind i lekkie hopki, co dało małą kumulację. Zwłaszcza na trzecim okrążeniu. ;-)
W okolicy miejscowości Dobra na asfalcie piękny napis: "10 km". Nie tak szybko. Jeszcze ponad 150 km. ;-) 
Wjazd do Łasku i coś co mi się bardzo nie spodobało: trzeba było zwolnić bo trochę pieszych przeszkadzało. A jak już zwolniłem to zobaczyłem, że jest punkt żywieniowy. Woda mineralna na miejscu, banany w kieszeń i ruszyłem. I znów szybko, dziury, lasek, "Zbyszek". Na punkcie żywieniowym (ok. 100. km) woda, przemyć ręce bo mi się kleiły od izotonika, banany w kieszeń i do przodu.
Temperatura powoli wzrastała, jechało się trochę ciężej, ale do przodu. Znów "10 km" na asfalcie (już tylko 80! ;-)). W Łasku uzupełnienie bidonów, banan w kieszeń i do następnego punktu. ;-)
Znów uzupełnienie bidonów, banan i… Od ok. 170 km jechałem w miłym towarzystwie. Wiatr jakby mocniejszy, hopki jakby urosły ;-) i… przejazd kolejowy w Koloni Zawady. Zamknięty. W oddali widać, że coś się wlecze. Pociąg towarowy… jak żółw ociężale. 7 minut czekania. Ruszyliśmy i… zaczął się kryzys. Za długi "odpoczynek" i ciężko było kręcić. Jak na złość zaczęła mi drętwieć prawa stopa. Co jakiś czas musiałem wypinać buta i dać trochę odpocząć nodze i kręcić drugą. W miejscowości Widawa był ostry skręt z podporządkowanej 480 na główną 481. Na pierwszym i drugim okrążeniu był miły pan, który pokazywał aby skręcić i mieliśmy pierszeństwo. Na ostatnim nikogo już nie było i trzeba było przepuścić samochody. ;-)
Gdy zobaczyliśmy "10 km" na asfalcie to zrobiło się trochę przyjemniej. Jeszcze przyjemniej przy napisie "5 km" a gdy zobaczyliśmy napis "Łask" zrobiło się bardzo przyjemnie i prosto do mety. 
Uff, 213 km przejechane. Jak na razie to największa odległość. ;-) Ale dłużej jechałem w Karpaczu. ;-)
A koleżanka z trasy wskoczyła na pudło. Gratulacje. :-)

… a dziewczyny walczyły na dystansie "Rodzinnym".


Podziękowania dla Organizatorów i wszystkich, którzy pomagali (na skrzyżowaniach, na punktach żywieniowych) :-)

… i wiecie co? Nie ma to jak posiłek po wyścigu… Nie od razu bo to niewskazane, ale trochę później. 
Kiełbaska była przepyszna. :-)

Kategorie maraton

Klasyk Radkowski 2015, dystans MINI

Marcin Trzaska, sobota 00:00, 16 maj 2015 | odsłony 21 | komentarze 0

  • Aktywność Rower
  • Dystans 66.6km
  • Czas 03:01:18
  • Vavg 22.04km/h
  • Vmax 59.4km/h
  • Pod górę 1153m
  • Kalorie 1840kcal
  • Temperaturaavg 12.0C
  • HRavg 144 (79%)
  • HRmax 175 (96%)
  • Sprzęt Egberts Boreas

Do Radkowa zawitałem po raz drugi. Przyjechaliśmy już w środę i od razu krótki trening. 
W sobotę rano na śniadanie kurczak z makaronem, w bidonach izo, w kieszeniach Snickersy, dętki, pompka, łyżka ;-), telefon, drobne, żele. Po pięciodniowym pobycie w szpitalu (30.04-04.05) zmieniłem dystans z giga na mini. Osłabienie jednak dawało znać. Stwierdziłem, że jeżeli będę się czuć na siłach to pojadę mega. Start był ostry za sprawą Andrzeja. Ale szybko odpuściłem bo wszystko wskazywało na to, że dam radę pojechać mega. Podjazdy za Wambierzycami i pod Batorów jechało mi się całkiem lekko. Ale zjazdy to była porażka - dziury, dziury, dziury. Straszne dziury. To zdecydowało, że jednak mini. Ale z biegiem czasu przekonywałem się, że może jednak mega. Podjazd do Karłowa - całkiem przyjemna jazda. Tym razem bez atrakcji w postaci urwanej korby. ;-)
Zjazd do Radkowa. Jechało się świetnie - do czasu. Paskudne dziury i znów trzeba było uważać. I uważałem… do 62. km. Chwila nieuwagi i przy prędkości ok. 60 km/h wpadłem w dziurę. Charakterystyczny dźwięk. Poszła dętka. Nie miałem ochoty na zmianę -chciałem jakoś dotoczyć się do mety. Tak się jednak złożyło, że przejeżdżał wóz techniczny, zatrzymali się mili panowie, zmienili mi dętkę i ruszyłem. Zdecydowanie do mety. Dojechałem, wyścig ukończyłem i… przyjadę tu za rok. Znów się denerwować przez dziury. ;-)




Kategorie maraton

Żądło Szerszenia 2015

Marcin Trzaska, sobota 00:00, 25 kwiecień 2015 | odsłony 81 | komentarze 0

  • Aktywność Rower
  • Dystans 153km
  • Czas 05:36:38
  • Vavg 27.27km/h
  • Vmax 56.9km/h
  • Pod górę 798m
  • Kalorie 3639kcal
  • Temperaturaavg 20.0C
  • HRavg 137 (75%)
  • HRmax 168 (92%)
  • Sprzęt Egberts Boreas

Sezon 2015 rozpoczęty.
W tym roku pierwszy wyścig to Żądło Szerszenia czyli Trzebnica i okolice. Niestety, ale z przyczyna zawodowych musiałem opuścić Sobótkę i Miękinię. Co się odwlecze… 
Sobota rano w Trzebnicy - słonecznie i ciepło (biorąc pod uwagę pogodę na Mazurach, gdzie spędziłem dwa ostatnie tygodnie). 
Na starcie - niby OK, ale jakoś tak dziwnie się czuję. Zmęczenie podróżą dnia poprzedniego i zmiana klimatu. Dobra, jedziemy. Prawie 20 km ze swoją grupą, ale odpadłem. Przed Prusicami dogonił mnie ArekZ i tak jakoś się zgadaliśmy i zaczęliśmy kręcić razem. Dołączyło do nas kilka osób, ale tylko my dawaliśmy zmiany. Wytrzymałem do 75 km (zaczęły się górki) i… zmęczenie dało znać - plecy. Musiałem zwolnić, trochę się wyprostować i jakoś kontynuowałem. 
Co mi się podobało - poprawiłem technikę: zjazdy i zakręty. :-)
Góra, dół, góra, dół i… Prababka. Nie byłem zadowolny, ale poszło mi lepiej niż w tamtym roku.
Końcówka i zjazd do Trzebnicy ze średnią ponad 50 km/h. :-)
Najważniejsze: dojechałem.
Open: 187/224
M3: 59/67
premia górska: 42/258






Kategorie maraton

V Maraton Rowerowy Liczyrzepa; GIGA

Marcin Trzaska, sobota 00:00, 06 wrzesień 2014 | odsłony 40 | komentarze 0

  • Aktywność Rower
  • Dystans 178km
  • Czas 08:00:41
  • Vavg 22.21km/h
  • Vmax 62.6km/h
  • Pod górę 3666m
  • Kalorie 5192kcal
  • Temperaturaavg 19.4C
  • HRavg 131 (72%)
  • HRmax 175 (96%)
  • Sprzęt Egberts Boreas

Ciężki wyścig. Początek to zjazd z Karpacza i... Jak zwykle, zdecydowałem się
na jazdę samotnie. Dosyć wysokie tętno na podjazdach. Przełęcz Rędzińska - 10%. Ciężko, bardzo ciężko. Za pierwszym razem zatrzymalem się ok. 600 m przed końcem podjazdu (i PŻ). Gdybym wiedział, że tak blisko to dałbym radę. Zatrzymałem się, uspokoiłem tętno (szalało - 175) i ruszyłem dalej. Za drugim razem przed samym podjazdem zatrzymałem się "na siku" i wrzuciłem żel energetyczny. Podjechałem całość bez zatrzymania się. Za trzecim razem już było czuć zmęczenie i zatrzymywałem się kilka razy. To trudny podjazd jak dla początkującego amatora. średnio 10% a strava twierdzi, że w niektórych momentach jest 30+%. Miałem mały problem z blokiem, coś mi się poprzesuwało i noga mi drętwiała, ale to małe piwo. ;-)
No i najważniejsze - pierwszy wyścig w barwach GVT. :-)
40/54 Open GIGA
15/16 M3
40/358 wg. punktów
(galeria zdjęć)

Maraton Liczyrzepa zakończył maratony górskie. 3 w tym sezonie (Klasyk Radkowski, Klasyk Kłodzki i Liczyrzepa), 3 zaliczyłem (mini, giga, giga) i... 8 miejsce w M3, 40 w Open.
To mój pierwszy sezon wyścigowy w życiu. :-)





Kategorie maraton

1 2